Dlaczego wiejskie kobiety decydowały się na przerywanie ciąży?
Decyzja o przerwaniu ciąży na XIX-wiecznej wsi rzadko była kwestią wyboru w nowoczesnym tego słowa znaczeniu. Był to akt desperacji podyktowany skrajnymi warunkami bytowymi i biologicznym wycieńczeniem. W świecie, gdzie kolejne dziecko mogło oznaczać śmierć głodową dla pozostałych potomków, ciąża stawała się wyrokiem. Autorka książki „Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali” podkreśla wyraźnie, że kobiety nie działały z nienawiści do życia, lecz z instynktu przetrwania. To była walka o byt, prowadzona w samotności i ogromnym lęku przed potępieniem wspólnoty.
Skoki z drabin i toksyczne wywary, czyli jak nasze prababki przerywały ciąże
Brak dostępu do medycyny sprawiał, że kobiety testowały na własnych organizmach techniki, które dziś uznajemy za brutalne i śmiertelnie niebzezpieczne. Wykorzystywano grawitację, ekstremalny wysiłek i toksyczne rośliny. Z cytatów genealożki wyłania się przerażająca lista praktyk:
• skoki z wysokości: Kobiety skakały z drabin, niskich drzew i wzniesień, wierząc, że gwałtowny wstrząs spowoduje oderwanie się płodu.
• Uciski brzucha: Wykorzystywano grawitację i nacisk poprzez przewieszanie się przez płoty, skrzynie czy beczki.
• Praca ponad siły: Celowe przeciążanie organizmu najcięższymi zadaniami fizycznymi, by wymusić poronienie.
• Toksyczne zioła: Stosowanie wywarów z roślin takich jak sabina (odmiana jałowca), belladonna (wilcza jagoda) czy ruta.
Każda z tych metod niosła ze sobą ryzyko nieodwracalnych uszkodzeń ciała. Jak czytamy w książce:
Krwotoki, bóle brzucha, omdlenia czy niewydolność narządów wewnętrznych były częstymi następstwami stosowania preparatów roślinnych, jednak w desperacji i z braku alternatyw kobiety sięgały po te środki.
Była to rosyjska ruletka, w której stawką było życie matki.
Podziemie aborcyjne i celowe wywoływanie krwotoków
W okresie międzywojennym problem nie zniknął – zszedł jedynie głębiej do podziemia, stając się jeszcze bardziej brutalnym i „technicznym”. Wiejskie akuszerki i znachorki za niewielkie kwoty dokonywały zabiegów narzędziami, które przenosiły bakterie wprost do krwiobiegu. Metody te były prymitywne i drastyczne:
• narzędzia gospodarskie: Do macicy wprowadzano przedmioty takie jak druty, pogrzebacze, a w skrajnych przypadkach nawet marchewki.
• Prowokowanie krwawienia: Kobiety celowo doprowadzały do pierwszych objawów poronienia, by wymusić na lekarzu interwencję medyczną.
Wiejska lekarka z tamtego okresu wspominała, że słyszała wciąż te same, wyuczone kłamstwa:
Trzy do czterech razy w tygodniu słyszę to samo: podniosłam ręce do góry, dźwignęłam dziecko, spadłam ze schodów i rzucił się krwotok. Akuszerce za użycie drucika płaciły 5 złotych.
Był to system oparty na niewyobrażalnym bólu, niosący ze sobą widmo sepsy i krwotoków nie do opanowania w warunkach brudnej izby.
Jakie były konsekwencje dokonania aborcji na dawnej wsi?
Kobiety decydujące się na taki krok żyły w podwójnym potrzasku – między biologicznym przymusem a surowym prawem karnym. Kodeks karny z 1932 roku był nieubłagany: „Kobieta, która płód swój spędza lub pozwala na spędzenie go przez inną osobę, podlega karze aresztu do 3 lat. Pomoc przy zabiegu była zagrożona karą do 5 lat”. Prawdziwą ceną było jednak zrujnowane zdrowie, trwałe okaleczenie narządów rodnych lub śmierć, która osierocała już istniejące potomstwo.
Historia wiejskiej aborcji przełomu XIX i XX wieku to historia kobiet, które z determinacją, ale i w ogromnym cierpieniu, próbowały przejąć kontrolę nad własną płodnością. Jak słusznie zauważa genealożka: „Milczenie na temat tych praktyk zafałszowuje obraz przeszłości. Czyni z kobiet istoty bierne, które jedynie przyjmowały swój los. Nie chodzi o ocenę, lecz o prawdę. Tylko jeśli spojrzymy na całość tego doświadczenia, będziemy mogli uczciwie mówić o tym, jak wyglądało życie naszych przodków.”
Przywrócenie pamięci o tych dramatycznych wyborach pozwala nam zobaczyć w naszych prababkach nie tylko ofiary losu, ale i świadome uczestniczki trudnej historii.
O autorce:
Aneta Godynia - genealożka. Od lat bada historie rodzin w archiwach i pomaga odnajdywać krewnych rozdzielonych przez wojny, migracje i dziejowe zawirowania. Swoją pracą przywraca pamięć, więzi i poczucie przynależności. Zbudowała jedną z największych w Polsce społeczności internetowych skupionych wokół genealogii i mikrohistorii - Galicyjskie Drzewo, gdzie pokazuje codzienne życie naszych przodków.
Wszystkie cytaty pochodzą z książki: „Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali”, autor: Aneta Godynia, wydawnictwo: Sploty



