Nowa książka Jakuba Małeckiego: „Chimera”
Jakub Małecki od lat należy do grona najpopularniejszych polskich pisarzy. Każda jego nowa powieść przyciąga tłumy do księgarń, a jego książki wielokrotnie zdobywały nominacje w plebiscycie Książka Roku portalu Lubimyczytac.pl. Część dorobku Małeckiego została również przetłumaczona i wydana poza granicami Polski, między innymi „Święto ognia” i „Saturnin”.
23 września ukazała się nowa książka pisarza, ponownie wydana przez Wydawnictwo SQN. „Chimera” to rozgrywająca się na kilku płaszczyznach czasowych opowieść o Fryderyku – nastolatku, sierocie, mężczyźnie, marynarzu. Na kartach powieści przechodzimy przez kolejne etapy życia bohatera, który buduje w swojej głowie pałac pamięci, gdzie zatrzymuje wszelkie wspomnienia – te do których wraca i te, które trzyma za zamkniętymi drzwiami – transportuje z Wietnamu do Polski słonia o imieniu Partyzant – co oparte jest na prawdziwej historii – i pracuje w lokalnym cyrku jako komik.
Post on Instagram
Wywiad z Jakubem Małeckim o książce „Chimera”
Klaudia Dzięgiel: W przypadku „Dygotu”, książka powstała dlatego, że zobaczyłeś na wystawie zdjęcie piątki albinosów i to tak bardzo chodziło ci po głowie, że aż napisałeś „Dygot”. A jak było w przypadku „Chimery”? Co tak zaprzątało głowę Kuby Małeckiego?
Jakub Małecki: Nie pamiętam, do czego wtedy się przygotowywałem, wydaje mi się, że do „Korowodu” i zbierałem dużo informacji dotyczących dawnych czasów. I zupełnie przypadkiem, przeglądając jakieś kolejne gazety, trafiłem na jakiś wycinek prasowy o słoniu, którego Polacy w bardzo dziwnych okolicznościach dostali i zdecydowali się go przewieźć na statku do Polski. I wydawało mi się to tak absurdalne i tak niesamowite, że zacząłem o tym coraz więcej czytać. Szukałem różnych informacji. Udało mi się trafić na wspomnienia ludzi, którzy byli na tym statku, marynarzy. I tak mnie to zafascynowało, że mnie nie mogło to puścić. W ogóle nie myślałem o tym, że będę to tym pisać, ale czasami cię coś chwyci i myślisz sobie: jak to możliwe, że coś takiego się wydarzyło? Fascynującym było dla mnie to, żeby na przykład akcję powieści umieścić w tak niezwykłym miejscu przy tak niezwykłym, nieludzkim, bohaterze.
K.D. Dla mnie najbardziej fascynujący był wątek istnienia pałacu pamięci. Skąd pomysł, aby go tu umieścić?
J.M. Tym tematem byłem zafascynowany od dawna. Jak byłem w liceum, a ja zawsze kochałem czytać książki, to pamiętam, że miałem rytuał z moją ciocią, która mnie zawsze w urodziny zabierała na zakupy i mogłem sobie kupić co chcę. I zawsze chciałem iść do księgarni. Miałem wtedy taką ulubioną serię srebrną wydawnictwa Amber, bo tam ukazywały się książki mojego ukochanego wtedy autora Michaela Crichtona. Kupiłem srebrną książeczkę, a to było „Milczenie owiec”. I tam po raz pierwszy, jak byłem w liceum, czytałem o tym, że Hannibal Lecter ma w głowie zbudowane właśnie coś w rodzaju tego pałacu pamięci. Od tamtej pory mnie to fascynowało, że można coś takiego zrobić. Dużo o tym czytałem, że rzeczywiście były takie momenty w historii ludzkości, że ludzie byli normalnie zatrudniani do zapamiętywania książek, bo się bano, że jakaś biblioteka spłonie. Wydawało mi się to fascynujące, że można w swojej głowie zbudować coś takiego i od pewnego czasu sobie wyobrażałem, że bohater mojej książki mógłby mieć taki pałac i my moglibyśmy się razem z nim po nim poruszać.
Post on Instagram
K.D. W twojej głowie też istnieje pałac pamięci?
J.M. Nie mam takiego ustrukturyzowanego. Nie ma tam zbudowanych kolejnych pomieszczeń, ale coś pewnie na kształt pałacu mam i bardzo wybiórczą część rzeczywistości tam sobie zachowuję. Pamiętam nazwiska pewnie bohaterów większości książek, jakie w życiu czytałem, okładki, tytuły.
K.D. Frydziu swój pałac ułożył w kształt drzewa. Czemu akurat ta roślina?
J.M. Drzewo mi się zawsze kojarzyło z czymś takim bardzo bezpiecznym, na przykład jak sobie wyobrażałem jakieś takie super bezpieczne miejsce, jakąś kryjówkę, to sobie zawsze myślałem, żeby to było w drzewie. Jakoś się kojarzyło, nie wiem, czy z jakimiś bajkami z dzieciństwa… Ja też dzieciństwo w dużej części spędzałem na wsi. Zawsze najbardziej lubiłem siedzieć na drzewie.
Mam na przykład mnóstwo takich wspomnień. Pamiętam, że jak byłem bardzo mały i spędzałem u dziadków wakacje, to czasami miałem ze sobą wypożyczoną z biblioteki książkę. I ja te książki czytałem siedząc na drzewie To były takie najfajniejsze rzeczy, które można mieć w rzeczywistości. No jeszcze jakbym miał tam na przykład bułkę z Nutellą, to już by była w ogóle rewelacja.
K.D. A czy wątek kina, który pojawia się w „Chimerze”, jest w jakimś stopniu autobiograficzny? W końcu nie jest tajemnicą, że Kuba Małecki lubi chodzić do kina i oglądać filmy.
J.M. Tak, jestem maniakiem. Czasami jak mam taki czas i jestem sam w domu na przykład przez tydzień, to potrafię codziennie wieczorem iść do kina. Bardzo, bardzo, bardzo lubię to doświadczenie uważnego oglądania filmu i przeżywania tej historii tak trochę obok innych obcych ludzi. I wydaje mi się, że tak jak zauważyłaś, ja czasami pewnie to może nie do końca świadomie robię, ale te rzeczy, które ja uwielbiam i cenię i fascynuję się nimi na co dzień, one mi do tych książek przenikają tak po prostu naturalnie. Jeżeli na przykład bohater ma coś zrobić fajnego, to przychodzi mi do głowy to, że on może pójść do kina. Więc pewnie to jest jakoś tam związane z moim takim prywatnym hobby.
K.D. Czyli w samej „Chimerze” jest dość sporo samego Kuby Małeckiego czy jest to jedna z tych książek, w których jest go mniej? Bo w „Korowodzie” było go najwięcej.
J.M. W „Korowodzie” było najwięcej na pewno i wydaje mi się, że po nim tak celowo zrobiłem, żeby się zmusić później do próby wędrowania w innym kierunku, a nie tylko w tą stronę coraz bardziej osobistą i intymną. Wydawało mi się, że po „Korowodzie” nie wiem, co miałbym więcej takiego zrobić, żeby ktoś powiedział, że to jest kolejna najbardziej osobista moja książka. Więc mam wrażenie, że „Chimera”, bardzo przygodowa, awanturnicza, rozległa, jest też najmniej osobista z tych ostatnich książek. A z drugiej strony nawet jak piszę taką książkę, która niby jest daleko ode mnie, to i tak ona jest jakoś tam osobista.
K.D. W książce mamy też rozbudowany wątek Wirakoczy – boga z kłami. Czy on jest dla ciebie w pewnym stopniu duchowy? Sam raczej identyfikujesz się jako ateista – ta duchowość byłaby potrzebą autorską czy tylko pasowała do fabuły?
J.M. Nie wiem, czy bym się określił jako ateista. Lubię o sobie myśleć, że jestem głęboko niewierzący. To znaczy jestem niewierzący, ale to nie wynika z pochopnej decyzji, tylko ja o tym dużo myślałem. Przeczytałem Pismo Święte dwa razy i bardzo dużo różnych innych rzeczy związanych z wiarą. Nie tylko tą najpopularniejszą u nas, ale też innymi odłamami. I mam swoje przemyślenia. Pewnie to, w jaki sposób żyję, i to, w jaki sposób różne decyzje w życiu podejmuję, można by określić, że to jest podyktowane jakimś rodzajem duchowości, ale niekoniecznie zgodnej z którąś z oficjalnych religii. Miałem jakiś czas temu przyjemność rozmawiać z dominikaninem Adamem Szustakiem u niego na kanale. Jak rozmawialiśmy o tym, w jaki sposób ja żyję i tak dalej, to on tak machnął ręką i powiedział: „Nie no, to ty jesteś wierzący”. To znaczy, że bardzo dużo czasu poświęcam na jakiś rodzaj takiego zastanawiania się nad światem i tak dalej.
Mało słucham podcastów, ale jest jedna rzecz, która w internecie mnie po prostu rozpala do czerwoności w zachwycie. Jest taki mężczyzna – Lex Fridman – i on rozmawia z różnymi naukowcami itp. Jego rozmowy są czasami nawet sześciogodzinne. I on miał gościa, który się pasjonuje i odkrywa różne rzeczy związane ze starożytnymi religiami. Opowiadał też o tym właśnie bóstwie z kłami, w którego wierzono tak długo, że to było wręcz absurdalne. Powiedzmy w Ameryce Południowej przez cztery tysiące lat kolejne pokolenia wierzyły w tę jedną istotę, w jakiegoś boga z kłami. Sama nazwa się zmieniała, ale on często był określany jako Wirakocza. I wydawało mi się to takie fascynujące i że ten mój drugoplanowy bohater, zaklinacz węży, że on mógłby być zafascynowany tą postacią boga, w którego wierzono na Ziemi najdłużej ze wszystkich bogów.
K.D. A jak wyglądał proces myślowy, kiedy ta historia słonia Partyzanta połączyła się właśnie z wierzeniami w Wirakoczę? Jak to wszystko się ze sobą spięło i finalnie stało książką?
J.M. Czasami w kontakcie ze zwierzętami mam takie poczucie obcowania z czymś takim niezrozumiale głębszym. Na przykład z tymi pszczołami – to, w jaki sposób te pszczoły funkcjonują, jak one w ogóle spędzają dzień, to to jest taki odjazd, że sobie myślisz: jakaś magia. To, jak one się porozumiewają tańcem, całe ich życie jest niesamowite. I wydawało mi się, że dla tego mojego bohatera spotkanie ze zwierzęciem tak epickich rozmiarów i tak niesłychanym – bo przecież on nigdy wcześniej nie widział słonia. To też były czasy bez internetu, więc on nigdy w życiu nawet na zdjęciu nie widział słonia, a co dopiero na żywo. Wydawało mi się, że spotkanie z tak ogromnym i tak tajemniczym zwierzęciem będzie dla niego jakimś rodzajem wielkiego przeżycia i że on w tym zwierzęciu będzie widział coś więcej i zacznie w tym zwierzęciu odnajdywać jakieś tam prawdy na temat świata.
Post on Instagram
K.D. Rzeczywiście w „Chimerze” zwierzęta są niezwykle istotne – mamy nie tylko słonia, ale także innych zwierzęcych bohaterów w cyrku. Czy w procesie przygotowywania do pisania kontaktowałeś się z osobami, które pracują w cyrku, aby dowiedzieć się czegoś więcej o ich bycie w tym miejscu?
J.M. Gdybym pisał książkę, która się dzieje dzisiaj, to na pewno bym to zrobił. Czytałem różne relacje i dużo czytałem o cyrku z tamtych czasów. Wiesz, dzisiaj zupełnie inaczej się podchodzi do zwierząt niż wtedy. W ogóle o jakimkolwiek zakamarku rzeczywistości bym nie pisał, no to przez te, nie wiem, siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat w porównaniu do czasów akcji tej książki, to się tak dużo zmieniło, że wręcz bym sobie zaszkodził, gdybym się dowiadywał, jak dzisiaj w cyrku są traktowane zwierzęta. One są zupełnie inaczej traktowane, więc przygotowywałem się z takich materiałów. Wszystkie zdjęcia, które mogłem sobie ściągnąć, to sobie ściągałem. Miałem w ogóle po raz pierwszy taką tablicę korkową nad biurkiem. Miałem mnóstwo zdjęć wydrukowanych ze statku i z cyrku, żeby tak mi cały czas to towarzyszyło. Na szczęście było dużo materiałów takich związanych z tym, czego potrzebowałem. Jeżeli chodzi o rozmowę z kimś prawdziwym, to zastanawiałem się, czy nie spróbować porozmawiać z takim starszym panem, który był na tym statku, ale trafiłem na wspomnienia tego pana i w sumie już nie czułem potrzeby, żeby się z nim na żywo zobaczyć.
K.D. Skoro przy statku i zwierzętach jesteśmy, bardzo mnie to intrygowało, ale specjalnie tego nie wyszukiwałam w Google'u, bo chciałam zapytać osobiście – czy naprawdę pszczoły są na statkach?
J.M. Był jakiś marynarz, który dokładnie w tamtych czasach chciał sprawdzić, jak te pszczoły się odnajdą. Pszczoły mają coś w rodzaju GPS-a i jeżeli masz ul i na przykład pszczoły wylecą ci dzisiaj z tego ula, a ty byś go później przestawiła nawet o dwa metry, to one mogą go nigdy nie znaleźć drogi powrotnej do niego. Sposób postrzegania rzeczywistości jest inny. To nie jest tak, że one się rozglądają i: „E, gdzie ten ul?", nie. Tylko po prostu one dokładnie do tego miejsca, gdzie ta szczelina wylotowa była, wracają. I ten marynarz w tych latach sześćdziesiątych się zastanawiał, jak to będzie, jeżeli te pszczoły będą się codziennie budzić w ogóle w innym położeniu geograficznym. Czy one sobie dadzą radę? Robił takie eksperymenty, że otaczał ul siatkami, więc one po prostu nie mogły odlecieć za daleko. I ten eksperyment mu się udał. Natomiast on te pszczoły tak trochę zamykał na statku – trochę tych prób było, ale te, które przeżyły, to na pewno to nie było tak, że on je puszczał zupełnie wolno. Także to, co się wydarzyło na tym statku, to się wydarzyło naprawdę, ale po prostu na innym okręcie.
Post on Instagram
K.D. Słoń Partyzant finalnie zostaje przetransportowany do Polski, konkretnie do Warszawy. Wtedy mamy do czynienia z bardzo wzruszającymi scenami, kiedy główny bohater wielokrotnie odwiedza zwierzę w zoo. Czy te momenty są kwestią wyobraźni, czy ty realnie odwiedzałeś jakieś takie zwierzę w zoo i na tej podstawie rozwijałeś powieściowy wątek?
J.M. Nie, ja staram się mieć kontakt ze zwierzętami tylko żyjącymi wolno, to znaczy poza tymi, które mam domowe, ale wizyta w zoo jest dla mnie przygnębiająca strasznie. Nie chodziłem do zoo, żeby coś takiego przeżyć. Ale mam mnóstwo takich prywatnych historii z zwierzętami, które widzę na co dzień. Taka najpiękniejsza, to zaczął do mnie przychodzić taki biały daniel, który wydawał się stworzeniem całkowicie magicznym. Potrafiłem go widywać na przykład przez dwa miesiące codziennie w różnych miejscach tutaj w moich okolicach. Ja też jestem codziennie z psem w lesie na spacerze, więc widywałem rodziny łosi i tak dalej. I mam dużo takich zwierzęcych, powiedzmy znajomych, których bardzo często widuję. Już nie mówiąc o kotach, które tutaj do nas przychodzą. Mam też taką aplikację, która rozpoznaje ptaka po śpiewie. Kilka dni temu słyszałem jakiś bardzo nietypowy taki pisk w nocy, wydawało mi się, że to sowa i się okazało, że właśnie dosłownie paręnaście metrów od, od miejsca, w którym teraz siedzę, jakiś puszczyk sobie siedzi na drzewie i piszczy. Już drugi raz coś takiego miałem, bo kiedyś była tutaj taka mała sowa i na przykład ja się często w nocy budziłem i ona tak średnio co dwanaście sekund wydawała z siebie taki pisk. Pamiętam, że to było latem, leżałem w nagrzanym domu i sobie myślałem, że tam gdzieś tuż obok sobie na gałęzi siedzi i piszczy ta sowa. Więc mam mnóstwo takich wokół siebie różnych przygód ze zwierzętami, z którymi się, nazwijmy to, widuję regularnie.
K.D. Zwierzęta przewijają się w twoich książkach, ale w tej zdecydowanie najbardziej. Czy będzie taki kierunek na przyszłość? Jeszcze więcej zwierząt?
J.M. Nie, nie, w ogóle teraz piszę kompletnie inną książkę. Na razie nie będę mówił o czym, ale zupełnie inną. Ta była najbardziej epicka, jeśli chodzi o miejsce akcji, to ta będzie chyba najbardziej kameralną z moich wszystkich, bo ona się dzieje przez cały czas w zamknięciu.
K.D. A lepiej się pisze właśnie takie książki, które są osadzone w wielu miejscach w różnym czasie czy takie dość, powiedzmy, kameralne? Bo na przykład niedawne „Obiekty głębokiego nieba" – tam mamy główny wątek o relacjach partnerskich, potem pojawia nam się historia ojca na wsi i to jest takie „dwupłaszczyznowe”. Łatwiej pisze takie książki czy właśnie te, gdzie mamy tu Gdynię, tam zoo, tam cyrk, wchodzi przyszłość, przeszłość, po drodze jest wojna i jest to dużo bardziej monumentalne?
J.M. Pod względem takiego czystego zbierania informacji, to na pewno jest łatwiejsze to, o czym wcześniej powiedziałaś, czyli jak jest mniej tych elementów. Bo tu na przykład musiałem się osobno przygotowywać z tego, jak w ogóle żyło się w cyrku w tamtych latach, z tego, jak było na statku z Wietnamu... No mnóstwo tego było, jeszcze ten cały przestępczy świat w Gdyni, no to tak jakbym się osobno do różnych zupełnie rzeczy przygotowywał. Więc pod tym względem na pewno jest łatwiej mi pisać takie książki dziejące się w „węższym” świecie. Ale z kolei jak pisałem „Obiekty głębokiego nieba”, które są kameralne o dwójce ludzi. To tam czasami łapię się na tym, że myślę sobie, że kurczę, trudno będzie, żeby to było takie fascynujące. Wydaje mi się, że trochę łatwiej jest jednak zafascynować czymś, co jest takie rozbuchane, tak jak tutaj. Są scenerie niesamowite, jest akcja, która jest jakaś przedziwna. Masz po prostu ogromnego słonia na statku. To jest już samo w sobie ciekawe, a ta para siedząca na kanapie po raz kolejny na siedemdziesiątej ósmej stronie w tym samym mieszkaniu, to wydaje mi się, że tam jest wyzwanie, żeby to było tak samo fascynujące. Ale tak samo lubię jedno i drugie. Ja w ogóle bardzo lubię pisanie, tylko właśnie staram się stawiać sobie kolejne jakieś takie próby przed sobą, żeby się sprawdzać w tematach, w których się jeszcze nie sprawdzałem wcześniej.
K.D. Jeszcze mam taki temat dotyczący z perspektywy właśnie samego pisania, tylko zrobię nieco dłuższy wstęp – czytałeś może „Małe życie” Hany’i Yanagihary?
J.M. Czytałem, czytałem, ale nie jestem jej fanem.
K.D. O właśnie. Chciałam z niej nieco wyjść, bo wokół niej były spore kontrowersje ze względu na to, że jej głównego bohatera praktycznie nic dobrego w życiu nie spotyka. Niemalże wszystkie strony o jego cierpieniu. Jeden z krytyków „New York Reviev of Books”, Daniel Mandelsohn, napisał mocno krytyczną recenzję o tym, że ileż już można tego cierpienia ładować w bohatera i na ile to już jest takie wręcz znęcanie się. Oczywiście „Chimera” nie idzie w tym kierunku, żeby nie było, ale jednak Frydziu ma naprawdę trudne życie i takie traumatyczne, teraz już tak byśmy powiedzieli z naszą dzisiejszą świadomością, doświadczenia. Tak więc pisanie o rzeczach trudnych. Jak to wygląda z perspektywy autora? Czy autor przeżywa też to, co przeżywa bohater? Czy autora też boli, gdy boli Fryderyka?
J.M. To przede wszystkim mam poczucie, że ta książka się kończy bardzo pozytywnie i że ona ma w sobie dużo światła na koniec i jest pozytywna w tym wydźwięku. To ostatnie zdanie, mam wrażenie, jest takie pełne nadziei, pełne jasności.
Nigdy nie miałem czegoś takiego, żeby pisanie książki było dla mnie jakimś trudnym przeżyciem, czy żebym musiał książkę jakoś odchorować. To chyba dlatego, że ja jestem taki, jaki jestem, a te książki wynikają ze mnie. Często te książki są zdjęciem zrobionym na moim otwartym sercu. I to moje serce, ono całe, cały czas takie jest. Ja taki jestem pewnie jak te książki – jeśli chodzi o ich melancholię czy o ten nastrój, atmosferę. Ja taki jestem na co dzień, więc czy ja tę książkę piszę, czy ja jej nie piszę, to to nic nie zmienia. Natomiast muszę ci powiedzieć, że od pewnego czasu się dosyć mocno zastanawiam, jaki ponoszę tak prywatnie koszt tego pisania. Bo jeżeli ja od piętnastu lat codziennie siedzę przy biurku, średnio powiedzmy sześć, osiem godzin, i piszę te smutne rzeczy, to na pewno ma na mnie jakiś wpływ. Na pewno jestem innym człowiekiem, niż bym był, gdybym codziennie przez te piętnaście lat wykonywał jakąś inną pracę. Czy gdybym na przykład nie pisał tych książek, byłbym weselszy? Bardziej optymistycznie patrzący na świat? Bo może na przykład gdybym nie znajdował ujścia dla tych swoich przemyśleń, to wręcz właśnie by to się we mnie jakoś kisiło. Trudno mi powiedzieć, musiałbym mieć drugiego takiego siebie obok i bym go zapytał: „To jak ci się w ogóle żyje? Jest okej czy nie jest okej? Jak tam sobie pracujesz?”. Więc trudno mi powiedzieć, ale na pewno, bez wpływu na mnie, to zbiera jakieś żniwo.
K.D. A dla samego siebie piszesz jakiś prywatny dziennik, pamiętnik, czy wszystko ze środka przelewane jest do książek?
J.M. Nie piszę żadnego pamiętnika ani dziennika. Jedyne co sobie zapisuję, to mam od dwudziestu dwóch lat plik, w którym sobie zapisuję książki, które czytam. To jest najdłuższa rzecz, jaką napisałem w ogóle w życiu.
K.D. O, to nawet w dobie tylu różnych aplikacji do odhaczania książek, to jednak robisz to po swojemu.
J.M. Po swojemu i mi się to podoba, nie czułbym się dobrze z tym, żebym to gdzieś publikował. Miałbym wrażenie, że tak to jakoś trochę tracę. A tak to jest takie bardzo prywatne, moje. Nikt nigdy w życiu tego pliku nie widział, bo ja bym się wstydził to pokazać. To jest na przykład: fajne, końcówka beznadziejna, ogólnie to mi się podobało. Trzy głupie zdania na temat książki i kolejny tytuł. Ale właśnie ta lista jest dłuższa niż każda moja książka. To jest najbliżej pewnie jakiegoś pamiętnika czy dziennika, bo tam czasami jest coś takiego na przykład: dostałem tę książkę na święta, ucieszyłem się i było fajnie.
K. D. Super, co komu pasuje, każdy coś znajdzie dla siebie. W jednym wywiadzie mówiłeś o tym, że kiedyś przeczytałeś książkę, która miała cztery tysiące stron tylko po to, żeby zobaczyć, kim będziesz po tym, jak ją przeczytasz.
J.M. „W poszukiwaniu straconego czasu”. To było siedem książek, ale łącznie to około czterech tysięcy stron.
K.D. Imponująca liczba.
J.M. Zwłaszcza, że tam się nic nie dzieje.
K.D. To już wyzwanie dla zaawansowanych czytaczy w takim razie. To nawiązując trochę do tego wątku – twoim zdaniem kim może stać się człowiek po przeczytaniu „Chimery”?
J.M. Ale mnie teraz zastrzeliłaś. Mam chyba przy każdej kolejnej książce taką nadzieję, jeśli w ogóle myślę o tym, jaka mogłaby być reakcja kogoś po przeczytaniu książki, że moją wymarzoną reakcją byłoby to, żeby się czytelnik rozejrzał wokół siebie i zaczął doceniać rzeczy, które ma, a które często nam wszystkim się pewnie wydają oczywiste i po prostu są. To jest oczywiście banał, ale jak się pojawia w życiu widmo tego, że coś możesz utracić albo że przyjrzysz się życiom, które nie są tak bogate w te wszystkie wspaniałe rzeczy, które cię otaczają, to zaczynasz je jednak dostrzegać. I wydaje mi się, że nikomu z nas by nie zaszkodziło, żeby się czasami bardziej po tym swoim życiu rozejrzeć, a nie tylko patrzeć w przyszłość i gnać do przodu po kolejne cele. To by było fajne, jakby ktoś tak pomyślał po jakiejś książce.
K.D. Żeby tak docenił to, co on ma, a czego Fryderyk nie miał, tak?
J.M. Na przykład.
K.D. Dla mnie niektóre wątki Fryderyka były przykre momentami. Było mi go strasznie szkoda.
J.M. A wiesz, ja jak pisałem, to nie miałem takiego poczucia, że ta książka jest taka brutalna momentami, ale ileś już osób, znajomych czy tak po prostu jakieś opinie mi mignęły, bo ktoś mnie oznaczył gdzieś w internecie, że były w tej książce dwa takie momenty, że ktoś po prostu już chciał tę książkę porzucić, bo to było zbyt mocne. No domyślam się, że pewnie scena w cyrku jedna, a druga nie wiem, może w tym domu.
K.D. Mnie bardzo ruszyło już na początku, gdy Fryderyk jest ta ulicy i on ma wtedy 13 lat. Finalnie to jeszcze dziecko i chyba to mnie dotknęło najbardziej, że jest dzieckiem, a już musi dbać o siebie sam.
J.M. Bardzo młody był jak na to wszystko, co przeżył, ale takie historie bywały i to nie było nic szczególnego. Wcale nie tak dawno temu kobiety jako nastolatki wychodziły za mąż. Wbrew pozorom losy trzynastoletniego Fryderyka nie były czymś takim szczególnym w porównaniu do innych losów trzynastolatków w tych takich burzliwych czasach. Tak myślę.
K.D. A on sam, jako postać, jest wzorowany na konkretnej osobie albo jest mieszanką różnych historii różnych znanych osób?
J.M. Mimo że mówiłem, że książka niby nie jest taka super osobista, to jego wzorowałem na sobie. To znaczy ja sam mam taki problem z określeniem tego, kim w sumie jestem, jaki jestem. Jeszcze powiedzmy dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat temu byłem ogolonym na łyso stukilogramowym gościem, który siedział w lesie na ławce i kombinował, co tu zjeść.
K.D. I chyba też jeżdżącym na motorze?
J.M. Wtedy jeszcze nie, ale później właśnie byłem pracownikiem banku chodzącym w garniturze do pracy. W międzyczasie jeszcze ten motocykl się pojawił. Bez prawa jazdy, co dzisiaj mi się wydaje w ogóle jakieś absurdalne, że w ogóle ja coś takiego robiłem. No i tak jak mówię, później byłem ekonomistą wkręconym w tę ekonomię na maksa, przecież studia doktoranckie robiłem. Widziałem siebie w tym świecie tak w pełni. A teraz jestem gościem, który od piętnastu lat pisze książki. Więc mam poczucie, że już w tym życiu miałem kilka takich wersji siebie.
K.D. Jest tu też temat, który skojarzył mi się z tym, jak czasami w filmach albo w serialach, albo w teatrze też, jest takie łamanie czwartej ściany z widzem i w „Chimerze” robisz jako pisarz coś podobnego.
J.M. Tak, w tym wątku mi to pasowało i aż mnie kusiło po prostu. Bo faktycznie w takim miejscu byłem i przecież mogłem się minąć z kimś takim, z iloma w ogóle takimi historiami się mijałem. Aż się samo prosiło. To nie znaczy, że będę tak robić w każdej kolejnej książce, ale jak coś będzie pasować…
K.D. A jeszcze z takiego zaplecza wydawniczego – jak ukazała się zapowiedź „Chimery”, to nic o tej książce nie było wiadomo. Przy „Obiektach głębokiego nieba” też nie było opisu, a jedynie kilka haseł. Czy to jakaś ścieżka, którą teraz chcecie iść z wydawcą?
J.M. Tak, to jest, to jest w ogóle mój pomysł, bo ja po prostu uwielbiam czytać książki, o których nic wcześniej nie wiem. To znaczy, które mi nie spojlerują tego, o czym są. Uwielbiam iść do antykwariatu, kupić sobie książkę, o której nic nie wiem, na okładce nie ma żadnego opisu, przyjść do domu, otworzyć na pierwszą stronę i mieć tą świadomość, że ta książka mnie może zabrać naprawdę wszędzie. Więc to jest coś, co uwielbiam i chciałem, żeby przy okazji tej książki czytelnik też miał możliwość przeżycia czegoś zupełnie niespodziewanego. Jak się dzisiaj książki ukazują, to ja często sięgając już po tę książkę, tak wiele o niej wiem, że mi to po prostu rujnuje całą zabawę. Już od samej okładki, która wiele zdradza. Często są też blurb'y na pierwszej stronie okładki, bierzesz książkę, a tam jest napisane: „Najlepsza powieść szpiegowska od dwudziestu lat”. i generalnie wiesz, że to będzie szpiegowska książka. Już nie mówiąc o opisie z tyłu, który często jest pełen spojlerów. Ja po prostu uwielbiam takie doświadczenie wejścia w książkę bez żadnych wcześniejszych spojlerów. Wydawało mi się, że to będzie jakiś taki turbostrzał w kolano, jeżeli chodzi o marketing, bo ktoś wejdzie do księgarni, chce obejrzeć tą książkę, mówi: „A nie wiem co to jest”, ale okazuje się, że to działa. Dla mnie super. Mam takie szalone pomysły z tym związane i chciałbym czasami sprawdzić coś nietypowego. Chodzi mi po głowie na przykład wydanie książki, na której nie byłoby w ogóle ani tytułu, ani mojego nazwiska. Wiem, że to już jest w ogóle bardzo odjechany pomysł.
K.D. Czyli cała czarna okładka po prostu, bez niczego?
J.M. Na przykład. Nawet nie musiałaby być cała czarna, ale na przykład mógłby być na niej abstrakcyjny obraz i nic, nic więcej. Może na tyle QR kod i ktoś bardzo zaintrygowany może sprawdzić więcej. Jeszcze na przykład łapię się na tym, że my, mimo że tyle jest osób, które próbują to zrobić w bardzo nietypowy sposób, to mimo wszystko jesteśmy szalenie schematyczni, jeżeli chodzi o myślenie o książkach. Potrafisz mieć na przykład w muzyce, „Koncert fortepianowy numer sześć” jakiegoś twórcy, ale nigdy w życiu nikt nie napisał książki, którą by nazwał „Powieść psychologiczną numer cztery”.
K.D. To prawda.
J.M. Nigdy. I dlaczego w sumie? Bo jesteśmy przyzwyczajeni, że tytuł musi być w konkretnej formie. Ale w sumie czemu musi być? A jakby tego tytułu miało w ogóle nie być? A ile książek w ogóle posiada coś takiego jak rozdziały? Zatrważająca większość coś takiego posiada, poruszamy cały czas w takich schematach.
K.D. Czyli wniosek jest taki, że w przyszłości można się spodziewać różnych eksperymentów z tym, jak te książki będą się prezentować. To by było faktycznie ciekawe. A sam wspominasz o tym, że piszesz teksty ze smutnymi wątkami i być może one w jakiś sposób na ciebie wpływają. A chodziła ci kiedyś taka myśl po głowie, żeby na przekład napisać taki totalnie banalny romans pod pseudonimem? Coś zupełnie innego, nawet horror?
J.M. Ze wszystkich rzeczy, których bym mógł spróbować, czyli powiedzmy thriller, fantastyka, horror, to pewnie właśnie taki prosty romans to by było to, w co ewentualnie bym mógł wejść. Ostatnio miałem trochę trudniejszy czas, byłem w domu i próbowałem sobie obejrzeć wieczorami coś takiego lżejszego. Ja też jak oglądam coś, to oglądam zawsze takie turbo inteligentne kino, jakieś dziwne, stare rzeczy. I zobaczyłem sobie na Prime Video serial dla nastolatek „Sterling Point”. I jest to wspaniałe. Spędziłem przy tym po prostu osiem cudownych godzin. Odkryłem świat, o którego istnieniu nie miałem pojęcia, no wspaniały serial. Wiec jeśli już bym coś wybrał, to właśnie bym poszedł w taką stronę.
K.D. To teraz marzę o tym, żeby przeczytać romans między nastolatkami autorstwa Jakuba Małeckiego!
J.M. Ale wiesz co, wydaje mi się, że nie dałbym rady napisać romansu o nastolatkach. Pisałbym o trochę starszych osobach. Nastolatki żyją tak inaczej, posługują się takim słownictwem i tak inaczej widzą świat.
K.D. Zbyt odległa generacja.
J.M. Tak. Natomiast o troszkę starszych ludziach, taki romans bardzo chętnie.
K.D. Z takich nieskomplikowanych fabularnie historii o fajnych nastolatkach mogę też polecić „Off Campus”. Nie zmienia to życia, ale jest właśnie takie lekkie na wieczór.
J.M. No właśnie łapię się na tym, że muszę za każdym razem czytać i oglądać coś, co mi zmienia życie.
K.D. To co ostatnio zmieniło życie?
J.M. Z książek, to jest taki pisarz, Mark Danielewski i napisał książkę na tysiąc dwieście stron „Tom's Crossing”, o dwóch chłopcach, którzy kradną dwa konie przeznaczone na rzeź. Najcudowniejsza rzecz, jaką czytałem jako dorosły człowiek. Byłem tą książką niesamowicie zaskoczony i miałem coś takiego, że nie mogłem się doczekać czasami wieczoru, żeby na przykład usiąść z moją Martą i powiedzieć: „Ej, ten chłopiec jedzie na tym koniu i tam była lawina i ja nie wiem, on wszedł do jakiejś jaskini i widzi tam wszystkich swoich...”. W ogóle to było coś nieprawdopodobnego z tą książką. No nieprawdopodobnego. Ale po polsku się jeszcze nie ukazała.
K.D. W takim razie jak masz swoje spotkania autorskie i podczas sesji pytań i odpowiedzi ktoś z widowni zabiera głos i mówi: „Wie pan, bo czytałem pana ostatnią książkę i rany, czego to ona mi nie zrobiła”, czyli przeżywa takie rzeczy, o których ty teraz mówisz, to jakie to jest uczucie dla autora, że kogoś tak zachwyciło to, co napisał?
J.M. Dla mnie jest to surrealistyczne, bo ja rozumiem, sam bardzo dużo czytam, jestem od dzieciaka hardkorowym miłośnikiem książek. Rozumiem to, jak można książką się zachwycać, jak ona może zmieniać życie i tak dalej, ale nie mogę sobie siebie pod to podstawić tego, że to moja książka może komuś tak zrobić.
K.D. Taki syndrom oszusta troszeczkę.
J.M. Tak, tak, tak. Nawet bardzo niż troszeczkę. I mam dosyć sporo tych spotkań, pewnie średnio jedno w tygodniu przez cały rok i za każdym razem wracam z tych spotkań i mam takie poczucie, że wymazuję to z pamięci. Po prostu wiem, że to się wydarzyło, ale to chyba nie ja tam byłem. Tak jakoś podświadomie coś we mnie każe mi wątpić, że to może dotyczyć moich książek.
K.D. Niepotrzebnie. Zbliżając się już ku końcowi, jeszcze zapytam o potencjalne eksperymenty treściowe. Ty wywodzisz się poniekąd z fantastyki. Czy jest gdzieś pomysł na czysto fantastyczną książkę? Książkę, nie opowiadanie?
J.M. Nie, mnie bardzo fascynuje taka niesamowitość i tak dalej, ale taka jak w „Chimerze” Coś, co byśmy nazwali magią codziennego życia. Nie na zasadzie, że się dzieją jakieś niestworzone historie, tylko tak, jak w „Chimerze” fragment, kiedy bohater widzi przyszłość swoich przyjaciół marynarzy i jest scena, jak jeden z nich poznaje kobietę, jest z nią trzydzieści lat i umierają tego samego dnia. On rano na zawał, a ona wieczorem na brak jego. Taki rodzaj niesamowitości mnie kręci, nie smoki.
K.D. I to chyba działa, bo często pojawiają się takie opinie, że twoje książki są wzruszające i poruszające. Ewidentnie to działa zarówno na czytelniczki, jak i czytelników tak myślę. To taki uniwersalny wzrusz.
J.M. Ładnie to zabrzmiało. Mam informację od męskich czytelników czasami, że też ich ten wzrusz łapie, więc mam nadzieję, że jest to nieograniczone do jednej płci.
K.D. Czyli wszyscy się wzruszamy, czytając Kubę Małeckiego. Super.
J.M. Czy wszyscy to nie wiem. Ale cieszę się, że wszyscy teoretycznie by mogli.
